Wydymani przez sponsora


Od dobrych kilku lat zajmuję się fotografią sportową. W związku z tym zawodnicy często pytają się, czy mogą wykorzystać moje zdjęcia. Na ogół nie robię problemów i zgadzam się na publikowanie fotografii w miejscach o charakterze non profit – w serwisach społecznościowych i na prywatnych stronach internetowych. Jeśli ktoś potrzebuje plik w wysokiej rozdzielczości np. do wydrukowania i powieszenia na ścianę, albo na prezent dla mamy, to dogadujemy się za umiarkowane stawki. Sprawa ma się jednak nieco inaczej, w przypadku komercyjnego wykorzystania zdjęć.

Ostatnio coraz częściej dowiaduję się, że firmy sponsorujące zawodników wymagają od nich dostarczenia zdjęć, ale nie do powieszenia nad biurkiem prezesa (bo to można uznać, za cele prywatne), tylko do umieszczenia na billboardzie, w katalogu itp. A w tym przypadku wkraczamy w sferę biznesową i wtedy obie strony powinny mieć z transakcji profit, a nie jedna ma być wykorzystywana przez drugą. Więc wypadałoby, żeby taki sponsor zwrócił się do fotografa i z nim załatwił sprawę, a nie wymuszał na zawodniku zdobycia (kupienia), albo próbę wyżebrania zdjęć. A zawodnik też powinien się zastanowić czy taka umowa się opłaca. Jeśli opiewa ona na dużą kwotę, to może kupienie wymaganych przez sponsora zdjęć będzie korzystne. Ale jeśli sponsor ma mieć ze swojego dobrodziejstwa większe korzyści od narciarza to coś tu chyba nie gra prawda?

Chciałbym zgłosić swoją gotowość do sponsorowania zawodników. Potrzebujesz dostać gogle i kask? Nie ma sprawy – chętnie dam Ci je zupełnie za darmo. Podpiszemy tylko w umowie, że zatankujesz mi trzy razy samochód – może akurat wujek pracuje na stacji benzynowej, to ma przecież dostęp do paliwa prawda? Chciałbyś narty? Żaden problem. Zasponsoruję Ci je. Podpiszemy papier, że w ciągu sezonu przyniesiesz mi laptopa. Może przez przypadek brat ma firmę komputerową – ma przecież w magazynie, to chyba nie problem żeby dał prawda? Potrzebujesz sfinansowania wyjazdu na zagraniczny trening? Podaj numer konta – wypłacam pieniądze od zaraz. W tym miejscu pewnie pomyślisz: co on pieprzy – zdjęcie ma przecież na komputerze, nie musi go kupować w sklepie, więc może wysłać mailem – o co tyle krzyku? Za wspomniany komputer, czy paliwo trzeba zapłacić. Oczywiście. Ale czy fotograf żywi się resztkami ze śmietnika, mieszka w szałasie, na zawody jeździ na osiołku, a sprzęt i przede wszystkim wiedzę wziął z nieba? Kilka godzin spędzonych na mrozie i często w śnieżycy, żeby zrobić zdjęcie, które ty zobowiązałeś się dać w prezencie sponsorowi, to według ciebie pewnie wymarzone wakacje.

Wiecie ile zażyczyła sobie agencja za zdjęcie z mistrzostw świata, gdy jeden z polskich zawodników chciał je mieć? Około 100 zł, jeśli miałoby być używane w celach prywatnych, a na potrzeby marketingowe kwota wynosiła 1500 zł. Z kolei fotograf, który ustrzelił Herbsta, wycenił swoją pracę na 2500 zł, jeśli zdjęcie miałoby trafić na okładkę magazynu narciarskiego. Przez wiele lat płaciliśmy Ronowi LeMasterowi kilka tysięcy złotych za analizy okraszone zdjęciami sekwencyjnymi, które mogliście obejrzeć w Magazynach NTN Snow & More. I nie ma się co dziwić – to taki sam towar jak każdy inny. Do jego „wyprodukowania” potrzeba czasu, pieniędzy, wiedzy i umiejętności. Bez obiektywu o wartości 20000-30000 zł nie ma się nawet po co pojawiać na zawodach Pucharu Świata.

Podsumowując, zwracam się z prośbą do firm sponsorujących polskich zawodników. Nie wykorzystujcie ich niewiedzy i nie podpisujcie bandyckich umów. Bo okazuje się, że w ogólnym rozrachunku nie wiadomo kto sponsoruje kogo…